wtorek, 22 lutego 2011

Kot Dyrektor

Kiedy Jasiek przytargał Toto za pazuchą, nie do końca było wiadomo, co To w ogóle jest. Znalazł To w pobliskim warsztacie w pudełku z łożyskami i Pan Mechanik pozwolił mu To sobie zabrać. Po dokładnym umyciu płynem do naczyń i wysuszeniu suszarką okazało się, że To KOT!
- O NIE!!!! Nie ma mowy!
- Mamo.... proooooszę.
- Nie ma mowy powiedziałam. Mało masz jeszcze zwierząt w domu? I tak wszystko na mojej głowie! Sprzątać tylko po nich trzeba! Zjedzą nas niedługo.... A koty włażą wszędzie! Zapanować nad nimi nie można! Kudły! Kuweta! Toksoplazmoza!
- Mamo, umrę jak on nie zostanie! Nie mam po co żyć!
- To umieraj! Zabieraj mi go stąd!
- Zobacz jaki on śliczny i malutki...
- I będziesz się nim zajmował?
- Przysięgam!!!!

Który rodzic nie zna takich awantur? I dokładnie wiadomo jaki jest ciąg dalszy:

- No dobra, niech już zostanie!

Kot Dyrektor został, i od razu uznał, ze jest najważniejszym członkiem rodziny. Sypia wszędzie tam gdzie pachnie proszkiem do prania. Woli wyprasowane, ale potrafi też docenić przyjemną szorstkość białych ręczników kąpielowych! O wypuszczenie prosi, skrobiąc łapkami w szybę. Tak samo prosi o wpuszczenie! Koleżanki mówią: uszyj mu butki z mikrofibry, wtedy będzie okna polerował (hihihi).



A ja uszyłam koci śliniak.


A historia o kocie jest dla zamydlenia oczu, ponieważ z przyczyn różnych na maszynę muszę jeszcze poczekać... do wypłaty ;)

3 komentarze:

cOto.patchwork pisze...

Śliniaczek jest przecudny!
A Kot Dyrektor po prostu kochany!!! Ech... takiego mieć Domownika i Przyjaciela - to sam zaszczyt!
Buziaczki dla kocurka!

Aldona pisze...

Bardzo piękny. I kojarzy mi się z dywanem, który Józio wytkał osobiście, według dziecięcego rysunku - na którym bawiliście się w Starym Domku jeszcze, w Dwerniku...

Gazynia pisze...

śliczny śliniaczek:) Kociak słodki i ten żywy i ten na śliniaczku:)