piątek, 18 lutego 2011

początku c.d.

Mój wyjazd do Poznania łączył się z tajnym układem z P. Miałam napisać "story" i oddać P. copyrights. Napisałam (choć literat ze mnie marnawy). Tekst jest długi, więc nadzieja, że nikt go nie przeczyta ;)

Moi starsi bracia nazywali mnie „Mała” i nie byli dla mnie szczególnie mili. Straszyli pająkami, rzucali we mnie jabłkami kiedy wlokłam się za nimi, a raz nawet, tak dla hecy, oderwali głowę mojemu ukochanemu misiowi. W końcu kupili mi używaną maszynę do szycia, która stała się moją zmorą.
Nie wiem skąd pomysł aby obdarować mnie takim przedmiotem. Nie miałam pojęcia o szyciu i nic nie wskazywało na to, że tkwi we mnie krawiecki potencjał... A może by tak Patchwork? Szyć po prostej każdy głupi potrafi! Trzeba tylko pociąć stare koszule, poukładać kolorami, sfastrygować i zszyć – nic prostszego!... Oj, źle! Spruć. Zszyć jeszcze raz. Cholera, znowu pomyliłam strony. Znowu spruć. Znowu zszyć. No dobra, niech tak zostanie – nie chce mi się pruć, może nikt nie zauważy?... Maszyna rwie nitkę. Ciekawe dlaczego? Może zła nitka? Może zły materiał? Może zła maszyna? Tu jest jakaś śrubka... o, już nie rwie nitki! Teraz robi pod spodem pętelki! Chyba muszę dać jej odpocząć, bo zaczyna śmierdzieć w okolicach silnika. Jutro będzie lepiej! Po jutrze? Za tydzień? Z naiwnością dziecka wierzyłam że pewnego dnia moja maszyna zacznie robić to, do czego została stworzona. Wyciągałam ją zatem zza szafy, rozstawiałam na stole, podłączałam wszystkie kabelki i... przeklinając oszczędną naturę moich braci, kończyłam ręcznie to, co było przeznaczone dla niej.
Przez te lata powstało kilka rzeczy mniej lub bardziej użytkowych, zawsze w towarzystwie słodkiej Finesse naśmiewającej się z moich nieudolnych prób nawiązania z nią kontaktu.
I oto pewnego dnia paczorek*[1] znowu mną zawładnął. Znowu poczułam, że Finesse może mieć ukryty potencjał i że tym razem się dogadamy. Postanowiłam do sprawy podejść „profesjonalnie” i zainwestować w nóż, specjalną linijkę i matę do krojenia. Wujek Google miał mi pomóc w poszukiwaniach. Wpisałam w wyszukiwarkę: quilting akcesoria i w 0,17 sekundy pojawiło się 38,200 wyników będących w spektrum mojego zainteresowania.  strima.com była na początku listy. Kliknęłam, a tam, patchworkowy ludzik  karze zabrać energię i emocje, i  zaprasza na warsztaty!
Pięć dni w Starym Browarze w Poznaniu, wśród pasjonatek quiltingu minęło błyskawicznie. Żadnej polityki, złośliwości, zawiści, uprzedzeń... Dziewczyny dzieliły się doświadczeniem i dobrą energią przy równomiernym, subtelnym dźwięku najnowocześniejszych maszyn. Piękna Małgosia Shayneen Nowak (patchworkowa guru) służyła pomocą w razie technicznych dylematów, a sprzęt ze Strimy ułatwiał zadanie i sprawiał, że szycie patchworków było czystą przyjemnością. Nieopanowany bałagan wśród materiałów i narzędzi świadczył o prawdziwej twórczej gorączce, która niejednokrotnie udzielała się przypadkowym obserwatorom. Klienci Starego Browaru mieli szansę przekonać się, że maszyny do szycia nie gryzą i przy odrobinie chęci każdy może uszyć szmaciane serce dla ukochanego, zająca dla dziecka albo rękawicę kuchenną dla siebie. Amatorskiego szycia doglądała ‘Królowa Cierpliwości,’ Pani Julita, Pan Janusz zmieniał stopki i nawlekał nici a uśmiechnięta Małgosia bez końca programowała hafciarkę i fotografowała ukończone projekty.
Wisienki na torcie były trzy. Dwie z nich to JANOME MEMORY CRAFT 6600 PROFESSIONAL, przepiękne maszyny przewidziane jako nagrody dla dwóch najbardziej kreatywnych uczestniczek warsztatów. Tajemnicą Poliszynela jest fakt, że 6600tka jest nazywana „Kochanką Szefa”. Dlaczego? To chyba oczywiste! Trzecią wisienką, było zaproszenie wszystkich uczestniczek do siedziby firmy, żeby dziewczyny mogły zajrzeć wszędzie tam, gdzie wiszą tabliczki: STAFF ONLY. Jeśli słowo zachwyt nie jest zarezerwowane tylko dla dzieł sztuki, to Strima naprawdę zachwyca. Firma jest stworzona przez ludzi z pasją. Cytując Konfucjusza, wybrali sobie Oni zajęcie które lubią, więc nigdy nie muszą pracować.
I ja zamierzam posłuchać mądrości chińskich filozofów. Zaklepałam już u Małgosi maszynę. Pan Janusz ma ją wyświecić. Pan Przemek z łatwością dorobi każdy, najbardziej wymyślny lamownik... Będzie to moja osobista kochanka, i wierzę, że romans z nią zaowocuje patchworkowymi cudami.


* paczorek – neologizm, dbamy o czystość języka polskiego J

3 komentarze:

cOto.patchwork pisze...

Świetna opowieść!
Teraz chyba powinnaś braci poprosić... o tą najlepszą z najlepszych maszyn?!
A przynajmniej o mały sponsoring tej najlepszej...

Aldona pisze...

Zazdroszczę :) Tylko mi Braci żal ;) Chyba chcieli dobrze...

Gazynia pisze...

Bracia pewnie chcieli dobrze:) Może wpadając na pomysł z maszyna, byli pewni że ona zatrzyma Cie w domu...;)
Ja też zaczynałam od maszyny Finesse Łucznik. Mama kupiła mi ją w lombardzie i jeszcze kazała zwrócić za nią pieniądze! Alez ja byłam wtedy zła! W ogóle mnie szycie nie interesowało... wtedy;)