piątek, 18 lutego 2011

Taki był początek

   Odkąd porzuciłam pracę nauczyciela i zamieszkałam na przepięknym końcu świata, codziennie szukam natchnienia i pomysłów, co też zrobić ze swoim życiem...
   Z moim charakterem i genami wcale nie jest łatwo pogodzić się z wielkim światem i przyjąć panujące reguły gry oparte na chwiejnych podwalinach ulepionych z tandety i systemowej anonimowości. Lubię zapachy, smaki, tekstury. Lubię perlisty śmiech i łzy, które kapiąc , tworzą bezlik okręgów na wodzie. Lubię kiedy ciszę w nocy przecina gawęda puchacza i kiedy za oknem słychać samochód mojego męża. Lubię zachwyt na twarzy mojej córki na mój widok. Lubię słowo córka... Pierogi z jagodami... Was... Ich...
   Może fakt, że nie boję się pracochłonnych dłubanin jest wynikiem mojego buntu przeciwko sklepom "wszystko po 5 zł", masowej brzydocie i bylejakości. Bezdusznych przedmiotów, bezdusznych użytkowników i "sylwestrowej" modzie allyearround. 11 lat temu dostałam od moich braci maszynę do szycia. Od "nowości" nie była zbyt nowa... w zasadzie to chyba pamiętała czasy Franciszka Józefa. Nie wiem skąd moim braciom przyszło do głowy że marzę o ciężkim gracie, który przepuszcza szwy, rwie nitkę, pentelkuje i śmierdzi mu "spod maski". Nie miałam pojęcia co się z nią robi - bo niby skąd. Nawet nie miała instrukcji obsługi! Ale się uparłam i będąc w zaawansowanej ciąży uszyłam w swojej ustrzyckiej kuchni (pomieszczenie ok. 2x3m) coś co dumnie nazwałam patchworkiem i co było większe od tej, pożal się Boże, kuchni. Nic w tym dziele do siebie nie pasuje: złe materiały, złe grubości, układ łatek zupełnie mi się poplątał... no maaasakra! Ale nie poddałam się i uszyłam Jasiowi kołderkę z aplikacjami, potem jeszcze kilka pomniejszych dzieł, za każdym razem klnąc na moją słodką Finesse. Maszyna nawet po profesjonalnym ustawianiu odmówiła współpracy, więc zaczęłam szyć ręcznie. Szmatka do szmatki, pracowicie, już bardziej świadomie... No i tak aż do "dziś". Kilka dni temu postanowiłam poważnie zabrać się za zgłębianie tajników profesjonalnego quiltingu. Ponownie uruchomiłam zadyszaną Finesse i rozpoczęłam poszukiwania akcesoriów niezbędnych (już dłużej nie mogę ciąć szmat weterynaryjnymi nożyczkami mojego męża). I tak oto, 21 stycznia trafiłam na stronę Strimy... I tak dowiedziałam się o warsztatach...

Ten tekst wysłałam do organizatora warsztatów, który nota bene jest moim znajomym, jako pochwałę dla Strimowego marketingu. Wiedziałam, że wyjazd nijak mi się nie uda - Marysia skończyła dopiero 3 miesiące, patchwork nie należy do jej priorytetów. P. jednak nie żartował odpisując: przyjeżdżaj! Lokalne czarownice, jak echo, powtarzały: jedź! No i pojechałam. I jestem po uszy w szmatach!
Oczywiście pierwszy wyrób zadedykowany jest Maryni!

8 komentarzy:

Shayneen pisze...

Dedykacja jak najbardziej celna. Należy się naszej najmłodszej "warszatowiczce" (i jednocześnie niezaprzeczalnej Maskotce warsztatów) za spokój i cierpliwość w oczekiwaniu na matczynego cyca, w przerwach między zszywaniem bloków a pikowaniem ;) Mańka, jesteś Wielka!!!

Monika pisze...

Jak ja Ci zazdroszczę tego wszystkiego co Cię otacza!!!Wpadłam w totalną melancholię!!!

cOto.patchwork pisze...

Marysia prezentuje się bardzo wytwornie na tej narzucie!
Wspaniała dziewczyna!

evifountain pisze...

Tęczyn czeka na paczorka !!!

zołza :D pisze...

Jakże się cieszę, że Cię tu znalazłam! Lubię te klimatyyy ;)
Patchwork jest piękny! A Marynia wygląda w nim/na nim bosko!
Pozdrawiamy serdecznie i zapraszamy czasem do nas... ;)
(moniska) Zołza :D

Kamila pisze...

Witam Cię M. Cieszę się że znajomi trafiają do mnie:). A Chustomamy witam szczególnie ciepło :)

Aldona pisze...

Kochana! Ale tu pięknie!!! Calusy, trzymam kciuki - Aldona

Gazynia pisze...

Maszyna zepsuta pojechała do naprawy, mam zatem nadmiar czasu, który z przyjemnością spędze tutaj:) Śliczna masz cócię, dodaje uroku tej fantastycznej narzucie:)