czwartek, 24 lutego 2011

Wiele lat temu, w moim rodzinnym domu pojawiła się malutka książeczka brazylijskiego pisarza José Mauro de Vasconcelosa. Mała książeczka, ale emocje i wzruszenia w niej wielkie. Moje drzewko pomarańczowe szybko stało się moim ukochanym lekiem na całe zło i szalejące hormony. Łaziłam do lasu z książką pod pachą, ryczałam czytając najbardziej wzruszające fragmenty, smarkałam w rękaw za dużego swetra i wydawało mi się, że jest to jedna z niewielu sensownych rzeczy jakie można było wtedy robić. Nie wiem dokładnie kiedy książka zniknęła. Może została komuś pożyczona a może zostawiłam ją w jakimś pekaesie. Ulotniła się jak kamfora. Wydana w 1976 roku, wznowień nie było.
Na studiach we Wrocławiu chodziłam do biblioteki miejskiej na rynku, żeby sobie Drzewko poczytać. Lubiłam tę bibliotekę , bo zamówienia na książki pisało się na karteczkach, które windą zjeżdżały (a może wjeżdżały?) do magazynu. Tam, niewidzialna ręka, wkładała pożądane pozycje i winda wracała na poziom czytelni. Czekając na książkę wyobrażałam sobie, że magazyn jest wielkim i mrocznym pomieszczeniem w którym pracują małe ludziki rodem z Szuflandii, że mają swojego nadszyszkownika, więzienie z durszlaka w rejonie książek zakazanych i marzenia o kingsajzie. Pani bibliotekarka nie chciała mi książki podarować, ale wspaniałomyślnie zgodziła się na wyniesienie jej w celu skserowania... Tylko, że mi nie o to chodziło. Ja nie chciałam mieć kartek z tekstem, ja chciałam mieć książkę! Mojej lokalnej bibliotece też nie przepuściłam:
        Czy państwo usuwacie książki z księgozbioru?
        Usuwamy.
        A jakie kryteria musi spełnić książka żeby zostać usunięta?
        Możemy wykreślić z księgozbioru jak np. nigdy nie była wypożyczona.
        O, to świetnie się składa, ta nigdy nie była!
        ... przykro mi, właśnie Pani ją wypożyczyła!
Książkę w końcu wyrwałam! Mam, pilnuję i nie pożyczam. Wydawnictwo Muza wznowiła wydanie w 2008, ale do tego wydania serca nie mam – chętnie pożyczę J


Książki czytam głównie zimą – zwykle kilka równocześnie. Leżą w różnych miejscach pozakładane: starą kopertą, kawałkiem gazety, Marysiną skarpetą, kredką, kawałkiem papieru toaletowego... Zrobiłam więc końską zakładkę, ale wiem, że i tak się zaraz zgubi! Zakładki zawsze się gubią.

Specjalnie na zamówienie Rudego będzie taka w kolorach afrykańskiej ziemi, zrabowanego złota  i przelanej krwi.

7 komentarzy:

evifountain pisze...

ooo ! expresso to zamówienie!
kiedyś o książkach to sie gadało, ale ostatnio spacejrujesz gościńcem podobno !:)
jutro muszę już wlecieć

Kamila pisze...

Eźpresso, bo Krzyś przecież nie może czekać :) A Ty wlatuj koniecznie!

cOto.patchwork pisze...

Po pierwsze - fajne masz krosienko do zakładeczek. :-)
Po drugie - ustawiam się w kolejce do wypożyczenia nielubianej przez Ciebie wersji Drzewka! Przyznam się, że wstydem, że nie czytałam... Ale całe życie człowiek się uczy - to i całe życie może czytać! Nic straconego!
A sposób na zakładki do książek jest taki, że ... muszą być one DUŻE! Wtedy tak łatwo się nie schowają!
Pozdrowionka!

Kamila pisze...

A dresik? Ani wyślij mi adresik osobno, to książeczka poleci zaraz do Koszalina :)

Aldona pisze...

Och, prooooszę...! Chcę taką zakladkę w koniki!!! Zacznij je sprzedawać, Kamilko!

Kamila pisze...

Aldonko, czy książeczka Ci jest znana? Dam głowę, że to Ty Drzewko mojej mamie podarowałaś... A zakładka... nie ma sprawy - najchętniej wymienię za amerykanckie książki (if you know what I mean) :)

Aldona pisze...

Tak, Kochana :)) Jam Ci to, nie chwaląc się, sprawił ;) I już miałam na końcu języka, że jeśli nie masz - chętnie Ci swój egzemplarz z 1976 r. podaruję :) Ale zdobylaś.
O, nie - „amerykańskie książki” są kultowe!! Uwielbiam je :) Ale myślę o Tobie w kontekście patchworków, więc na pewno coś wymyślę ;) Całusy!