niedziela, 27 lutego 2011

Z cyklu: Historie Których Nie Było - Kolczyki dla Misi

Hmmm... to taka mała wprawka czegoś, czego jeszcze nie ma, ale gdyby się kiedyś urodziło, to będę przygotowana.

Misia siedziała na trawie i próbowała przeczekać swoje dzieciństwo...
Grzebała bezmyślnie patykiem w ziemi wyczekując „mrówek” w stopie. Mrówki w stopie to znak, że trzeba zmienić pozycję i przy okazji sprawdzić czy krowy nie rozlazły się za daleko. Misia nawet lubiła te swoje krowy. Nigdy nie sprawiały jej kłopotu, nauczyły się jej ścieżek i reagowały na jej głos. Każda miała swoje oficjalne imię i nieoficjalne przezwisko wymyślone przez Misię i będące wielką tajemnicą dziewczynki. Misia posługiwała się krowimi przezwiskami tylko wtedy, kiedy była pewna, że nikt jej nie słyszy. To była jej tajna zabawa i nic nikomu do tego. W zeszłym roku, urodził się przy niej na łące mały cielaczek. Patrzyła jak krowa wypiera bezkształtne ciałko, jak popycha je nosem i wylizuje do sucha. Misia była tak przejęta, że niemal zapomniała o oddychaniu. Piszczała z radości, kiedy cielę wstało na nogi i przyssało się do matki. Z kolei jak ojciec sprzedawał krowę do rzeźni, Misia nie odzywała się do niego tygodniami, oskarżając go o bezduszność. Misia nawet lubiła te swoje krowy, ale gdyby mogła, zostawiłaby je natychmiast.
Jakaś niewytłumaczalna siła ciągnęła jej myśli poza horyzont. Była pewna, że właśnie tam jest ten świat, który czasem śni jej się w nocy.


W tajemniczym woreczku mam dla Misi kolczyki... żeby miała jakąś alternatywę dla wiśni, które wiesza sobie czasami na uszach. Wiśniowa biżuteria jest idealna, niestety bardzo nietrwała.


Jeżeli jeszcze ktoś zjadł swoje wiśniowe kolczyki, to proszę:


czwartek, 24 lutego 2011

Wiele lat temu, w moim rodzinnym domu pojawiła się malutka książeczka brazylijskiego pisarza José Mauro de Vasconcelosa. Mała książeczka, ale emocje i wzruszenia w niej wielkie. Moje drzewko pomarańczowe szybko stało się moim ukochanym lekiem na całe zło i szalejące hormony. Łaziłam do lasu z książką pod pachą, ryczałam czytając najbardziej wzruszające fragmenty, smarkałam w rękaw za dużego swetra i wydawało mi się, że jest to jedna z niewielu sensownych rzeczy jakie można było wtedy robić. Nie wiem dokładnie kiedy książka zniknęła. Może została komuś pożyczona a może zostawiłam ją w jakimś pekaesie. Ulotniła się jak kamfora. Wydana w 1976 roku, wznowień nie było.
Na studiach we Wrocławiu chodziłam do biblioteki miejskiej na rynku, żeby sobie Drzewko poczytać. Lubiłam tę bibliotekę , bo zamówienia na książki pisało się na karteczkach, które windą zjeżdżały (a może wjeżdżały?) do magazynu. Tam, niewidzialna ręka, wkładała pożądane pozycje i winda wracała na poziom czytelni. Czekając na książkę wyobrażałam sobie, że magazyn jest wielkim i mrocznym pomieszczeniem w którym pracują małe ludziki rodem z Szuflandii, że mają swojego nadszyszkownika, więzienie z durszlaka w rejonie książek zakazanych i marzenia o kingsajzie. Pani bibliotekarka nie chciała mi książki podarować, ale wspaniałomyślnie zgodziła się na wyniesienie jej w celu skserowania... Tylko, że mi nie o to chodziło. Ja nie chciałam mieć kartek z tekstem, ja chciałam mieć książkę! Mojej lokalnej bibliotece też nie przepuściłam:
        Czy państwo usuwacie książki z księgozbioru?
        Usuwamy.
        A jakie kryteria musi spełnić książka żeby zostać usunięta?
        Możemy wykreślić z księgozbioru jak np. nigdy nie była wypożyczona.
        O, to świetnie się składa, ta nigdy nie była!
        ... przykro mi, właśnie Pani ją wypożyczyła!
Książkę w końcu wyrwałam! Mam, pilnuję i nie pożyczam. Wydawnictwo Muza wznowiła wydanie w 2008, ale do tego wydania serca nie mam – chętnie pożyczę J


Książki czytam głównie zimą – zwykle kilka równocześnie. Leżą w różnych miejscach pozakładane: starą kopertą, kawałkiem gazety, Marysiną skarpetą, kredką, kawałkiem papieru toaletowego... Zrobiłam więc końską zakładkę, ale wiem, że i tak się zaraz zgubi! Zakładki zawsze się gubią.

Specjalnie na zamówienie Rudego będzie taka w kolorach afrykańskiej ziemi, zrabowanego złota  i przelanej krwi.

wtorek, 22 lutego 2011

Kot Dyrektor

Kiedy Jasiek przytargał Toto za pazuchą, nie do końca było wiadomo, co To w ogóle jest. Znalazł To w pobliskim warsztacie w pudełku z łożyskami i Pan Mechanik pozwolił mu To sobie zabrać. Po dokładnym umyciu płynem do naczyń i wysuszeniu suszarką okazało się, że To KOT!
- O NIE!!!! Nie ma mowy!
- Mamo.... proooooszę.
- Nie ma mowy powiedziałam. Mało masz jeszcze zwierząt w domu? I tak wszystko na mojej głowie! Sprzątać tylko po nich trzeba! Zjedzą nas niedługo.... A koty włażą wszędzie! Zapanować nad nimi nie można! Kudły! Kuweta! Toksoplazmoza!
- Mamo, umrę jak on nie zostanie! Nie mam po co żyć!
- To umieraj! Zabieraj mi go stąd!
- Zobacz jaki on śliczny i malutki...
- I będziesz się nim zajmował?
- Przysięgam!!!!

Który rodzic nie zna takich awantur? I dokładnie wiadomo jaki jest ciąg dalszy:

- No dobra, niech już zostanie!

Kot Dyrektor został, i od razu uznał, ze jest najważniejszym członkiem rodziny. Sypia wszędzie tam gdzie pachnie proszkiem do prania. Woli wyprasowane, ale potrafi też docenić przyjemną szorstkość białych ręczników kąpielowych! O wypuszczenie prosi, skrobiąc łapkami w szybę. Tak samo prosi o wpuszczenie! Koleżanki mówią: uszyj mu butki z mikrofibry, wtedy będzie okna polerował (hihihi).



A ja uszyłam koci śliniak.


A historia o kocie jest dla zamydlenia oczu, ponieważ z przyczyn różnych na maszynę muszę jeszcze poczekać... do wypłaty ;)

niedziela, 20 lutego 2011

***

Przygotowując się do nowych wyzwań, od kilku dni szukam tkanin, które będę mogła wykorzystać w pierwszych projektach. W sklepach internetowych jest tego cała masa: przepiękne, słodkie, dopasowane kolorystycznie, zaprojektowane przez znane nazwiska, kosztowne i... takie idealne, grzeczne i poukładane. Mam wrażenie, że nie zniosą najmniejszego błędu krawcowej, że będą się ode mnie opędzały jak szlachcianki od świniopasa: Precz z łapami! Gdzie się pchasz z tym nożem! Jak mnie krzywo potniesz, to popamiętasz! Onieśmielona bawełnianą perfekcją, wybrałam się na łowy do „Seventh Heaven” – najbardziej nieprzewidywalnego sklepu pod zachodniopomorskim słońcem! W soboty jest totalna wyprzedaż - 4zł kilogram. Wytoczyłam się z trzema siatami różności. Potem prałam, wieszałam, suszyłam i cięłam na zgrabne kawałki.



Ubrania nikomu już nie potrzebne, niemodne, za małe, za duże, nudne... niektóre doprawdy przepięknie skrojone, z podwójnymi karczkami, z odszytymi mankietami, z guziczkami w dwóch rozmiarach, z usztywnieniem kołnierzyka... Cięłam bezlitośnie myśląc o Tych, co je wymyślili, skroili, uszyli, nosili. Wzruszyłam się na całego tnąc koszulę od Teda Bakera – piękna, dwustronna, czekoladowa bawełna, mistrzowsko odszyta. W karczku i w mankietach wszyta taśma z napisem: To accoplish great things we must not only act but also dream not only plan but also believe. Jakże piękne motto na dobry początek.


piątek, 18 lutego 2011

początku c.d.

Mój wyjazd do Poznania łączył się z tajnym układem z P. Miałam napisać "story" i oddać P. copyrights. Napisałam (choć literat ze mnie marnawy). Tekst jest długi, więc nadzieja, że nikt go nie przeczyta ;)

Moi starsi bracia nazywali mnie „Mała” i nie byli dla mnie szczególnie mili. Straszyli pająkami, rzucali we mnie jabłkami kiedy wlokłam się za nimi, a raz nawet, tak dla hecy, oderwali głowę mojemu ukochanemu misiowi. W końcu kupili mi używaną maszynę do szycia, która stała się moją zmorą.
Nie wiem skąd pomysł aby obdarować mnie takim przedmiotem. Nie miałam pojęcia o szyciu i nic nie wskazywało na to, że tkwi we mnie krawiecki potencjał... A może by tak Patchwork? Szyć po prostej każdy głupi potrafi! Trzeba tylko pociąć stare koszule, poukładać kolorami, sfastrygować i zszyć – nic prostszego!... Oj, źle! Spruć. Zszyć jeszcze raz. Cholera, znowu pomyliłam strony. Znowu spruć. Znowu zszyć. No dobra, niech tak zostanie – nie chce mi się pruć, może nikt nie zauważy?... Maszyna rwie nitkę. Ciekawe dlaczego? Może zła nitka? Może zły materiał? Może zła maszyna? Tu jest jakaś śrubka... o, już nie rwie nitki! Teraz robi pod spodem pętelki! Chyba muszę dać jej odpocząć, bo zaczyna śmierdzieć w okolicach silnika. Jutro będzie lepiej! Po jutrze? Za tydzień? Z naiwnością dziecka wierzyłam że pewnego dnia moja maszyna zacznie robić to, do czego została stworzona. Wyciągałam ją zatem zza szafy, rozstawiałam na stole, podłączałam wszystkie kabelki i... przeklinając oszczędną naturę moich braci, kończyłam ręcznie to, co było przeznaczone dla niej.
Przez te lata powstało kilka rzeczy mniej lub bardziej użytkowych, zawsze w towarzystwie słodkiej Finesse naśmiewającej się z moich nieudolnych prób nawiązania z nią kontaktu.
I oto pewnego dnia paczorek*[1] znowu mną zawładnął. Znowu poczułam, że Finesse może mieć ukryty potencjał i że tym razem się dogadamy. Postanowiłam do sprawy podejść „profesjonalnie” i zainwestować w nóż, specjalną linijkę i matę do krojenia. Wujek Google miał mi pomóc w poszukiwaniach. Wpisałam w wyszukiwarkę: quilting akcesoria i w 0,17 sekundy pojawiło się 38,200 wyników będących w spektrum mojego zainteresowania.  strima.com była na początku listy. Kliknęłam, a tam, patchworkowy ludzik  karze zabrać energię i emocje, i  zaprasza na warsztaty!
Pięć dni w Starym Browarze w Poznaniu, wśród pasjonatek quiltingu minęło błyskawicznie. Żadnej polityki, złośliwości, zawiści, uprzedzeń... Dziewczyny dzieliły się doświadczeniem i dobrą energią przy równomiernym, subtelnym dźwięku najnowocześniejszych maszyn. Piękna Małgosia Shayneen Nowak (patchworkowa guru) służyła pomocą w razie technicznych dylematów, a sprzęt ze Strimy ułatwiał zadanie i sprawiał, że szycie patchworków było czystą przyjemnością. Nieopanowany bałagan wśród materiałów i narzędzi świadczył o prawdziwej twórczej gorączce, która niejednokrotnie udzielała się przypadkowym obserwatorom. Klienci Starego Browaru mieli szansę przekonać się, że maszyny do szycia nie gryzą i przy odrobinie chęci każdy może uszyć szmaciane serce dla ukochanego, zająca dla dziecka albo rękawicę kuchenną dla siebie. Amatorskiego szycia doglądała ‘Królowa Cierpliwości,’ Pani Julita, Pan Janusz zmieniał stopki i nawlekał nici a uśmiechnięta Małgosia bez końca programowała hafciarkę i fotografowała ukończone projekty.
Wisienki na torcie były trzy. Dwie z nich to JANOME MEMORY CRAFT 6600 PROFESSIONAL, przepiękne maszyny przewidziane jako nagrody dla dwóch najbardziej kreatywnych uczestniczek warsztatów. Tajemnicą Poliszynela jest fakt, że 6600tka jest nazywana „Kochanką Szefa”. Dlaczego? To chyba oczywiste! Trzecią wisienką, było zaproszenie wszystkich uczestniczek do siedziby firmy, żeby dziewczyny mogły zajrzeć wszędzie tam, gdzie wiszą tabliczki: STAFF ONLY. Jeśli słowo zachwyt nie jest zarezerwowane tylko dla dzieł sztuki, to Strima naprawdę zachwyca. Firma jest stworzona przez ludzi z pasją. Cytując Konfucjusza, wybrali sobie Oni zajęcie które lubią, więc nigdy nie muszą pracować.
I ja zamierzam posłuchać mądrości chińskich filozofów. Zaklepałam już u Małgosi maszynę. Pan Janusz ma ją wyświecić. Pan Przemek z łatwością dorobi każdy, najbardziej wymyślny lamownik... Będzie to moja osobista kochanka, i wierzę, że romans z nią zaowocuje patchworkowymi cudami.


* paczorek – neologizm, dbamy o czystość języka polskiego J

Taki był początek

   Odkąd porzuciłam pracę nauczyciela i zamieszkałam na przepięknym końcu świata, codziennie szukam natchnienia i pomysłów, co też zrobić ze swoim życiem...
   Z moim charakterem i genami wcale nie jest łatwo pogodzić się z wielkim światem i przyjąć panujące reguły gry oparte na chwiejnych podwalinach ulepionych z tandety i systemowej anonimowości. Lubię zapachy, smaki, tekstury. Lubię perlisty śmiech i łzy, które kapiąc , tworzą bezlik okręgów na wodzie. Lubię kiedy ciszę w nocy przecina gawęda puchacza i kiedy za oknem słychać samochód mojego męża. Lubię zachwyt na twarzy mojej córki na mój widok. Lubię słowo córka... Pierogi z jagodami... Was... Ich...
   Może fakt, że nie boję się pracochłonnych dłubanin jest wynikiem mojego buntu przeciwko sklepom "wszystko po 5 zł", masowej brzydocie i bylejakości. Bezdusznych przedmiotów, bezdusznych użytkowników i "sylwestrowej" modzie allyearround. 11 lat temu dostałam od moich braci maszynę do szycia. Od "nowości" nie była zbyt nowa... w zasadzie to chyba pamiętała czasy Franciszka Józefa. Nie wiem skąd moim braciom przyszło do głowy że marzę o ciężkim gracie, który przepuszcza szwy, rwie nitkę, pentelkuje i śmierdzi mu "spod maski". Nie miałam pojęcia co się z nią robi - bo niby skąd. Nawet nie miała instrukcji obsługi! Ale się uparłam i będąc w zaawansowanej ciąży uszyłam w swojej ustrzyckiej kuchni (pomieszczenie ok. 2x3m) coś co dumnie nazwałam patchworkiem i co było większe od tej, pożal się Boże, kuchni. Nic w tym dziele do siebie nie pasuje: złe materiały, złe grubości, układ łatek zupełnie mi się poplątał... no maaasakra! Ale nie poddałam się i uszyłam Jasiowi kołderkę z aplikacjami, potem jeszcze kilka pomniejszych dzieł, za każdym razem klnąc na moją słodką Finesse. Maszyna nawet po profesjonalnym ustawianiu odmówiła współpracy, więc zaczęłam szyć ręcznie. Szmatka do szmatki, pracowicie, już bardziej świadomie... No i tak aż do "dziś". Kilka dni temu postanowiłam poważnie zabrać się za zgłębianie tajników profesjonalnego quiltingu. Ponownie uruchomiłam zadyszaną Finesse i rozpoczęłam poszukiwania akcesoriów niezbędnych (już dłużej nie mogę ciąć szmat weterynaryjnymi nożyczkami mojego męża). I tak oto, 21 stycznia trafiłam na stronę Strimy... I tak dowiedziałam się o warsztatach...

Ten tekst wysłałam do organizatora warsztatów, który nota bene jest moim znajomym, jako pochwałę dla Strimowego marketingu. Wiedziałam, że wyjazd nijak mi się nie uda - Marysia skończyła dopiero 3 miesiące, patchwork nie należy do jej priorytetów. P. jednak nie żartował odpisując: przyjeżdżaj! Lokalne czarownice, jak echo, powtarzały: jedź! No i pojechałam. I jestem po uszy w szmatach!
Oczywiście pierwszy wyrób zadedykowany jest Maryni!