piątek, 29 kwietnia 2011

Trochę folkloru

Nie wiem jak to się stało, ale zdjęcia które chciałam pokazać, zdezaktualizowały się nie postrzeżenie. Pewnie stało się to tym samym sposobem, jakim moja córka skończyła już pół roku, a mi na dniach licznik obróci się na 34... Time flies, jak to mówią starzy górale ;)


W najbliższym sąsiedztwie jest pensjonat prowadzony przez kobietę, która jest w stanie namówić mnie do najbardziej zwariowanych rzeczy - a inwencji jej nie brakuje. Tym razem statystowałam przy wiejskim święceniu pokarmów.Widok osobliwy i z pewnością niedzisiejszy. Można było się na chwilę zapomnieć i poudawać... każda dziewczynka chce chociaż raz być księżniczką - Ewa nam to czasem umożliwia :)
















A u mnie po świątecznych porządkach w "pracowni" zostało jedynie mgliste wspomnienie. Nic konkretnego nie skończyłam, za to bajzel robię konkretny. Wszędzie skrawki, nitki, szpilki - wszystko wymyka się spod kontroli. Na szczęście im jestem starsza tym mniejszą mam potrzebę kontrolowania czegokolwiek. Pewnie dlatego tak ciężko mi się zabrać do technicznej, paczłorkowej orki. Przyjdzie jeszcze na to czas, a na razie robię sobie przyjemność czymś mniej zdyscyplinowanym :) Rezultaty niebawem.


czwartek, 21 kwietnia 2011

Narzuta Romantyczna

Na zaprzyjaźnionych blogach rozkwitła wiosna. U mnie nie może być inaczej. Skoro wiosna, to i nastroje zdarzają się romantyczne ;)

Prawdę mówiąc, ten romantyzm to efekt szycia z tego, co po taniości uda mi się gdzieś wyrwać. Te "kwiaty" pozyskałam z materiału zasłonowego kupionego samiwieciegdzie. Grubo tkana, dość trudna bawełna o ciekawej fakturze. Faktury obu tkanin są niemal identyczne, dlatego zdecydowałam się je zestawić. Miałam nadzieję, że mnie zaskoczą, ale nie zaskoczyły niestety. Narzuta prezentuje się całkiem poprawnie. Tym razem nie musiałam odpruwać lamówki, nic nie pofarbowało ani się nie mija... ale dla mnie trochę mdło. (Ależ ze mnie urodzony marketingowiec :)))) Narzuta ma wymiary 150x200 i mam nadzieję, że znajdzie swojego amatora.







Składam wszystkim najserdeczniejsze życzenia z okazji Świąt Wielkanocnych. Zdrowia, wszelkiej pomyślności i twórczego natchnienia.


czwartek, 14 kwietnia 2011

Apple Core - Victoria


Moja cierpliwość została wystawiona na poważną próbę, ale ogryzki mnie nie pokonały! Dałam im radę i zadowolonam bardzo. Czy warto było? Oj było, i to nie tylko ze względu na efekt, ale przede wszystkim na lekcję jaką mi dały.
Wycinanie łatek przy ogryzkach odbywa się trochę inaczej niż przy prostych łatkach. Żeby nie pociachać tekturowego szablonu, swoje łatki wycinałam „z ręki” nożykiem krążkowym. Na początku szło powolutku i opornie, ale po setnej łatce niczym Charlie Chaplin w Dzisiejszych Czasach 1936, ruch miałam tak opanowany, że wszystko spod mojej ręki nabierało kształtu ogryzka.
Zszywanie to osobna historia. Nie dość, że robią się koszmarne zakładki to jeszcze każdy materiał zachowuje się inaczej. Szyłam z maksymalnym skupieniem, a potem prułam i naprawiałam to co się pomarszczyło. Gdyby ktoś mnie przy tym obserwował z boku, miałby niezły ubaw. Tylko wrodzona ambicja nie pozwoliła mi rzucić tego wszystkiego i zająć się czymś przyjemnym. I znowu z pomocą przyszły mi bogate zasoby internetu. W przypadkowo wyszukanym filmiku instruktażowym, pani poradziła, żeby naciąć wklęsłe części łatek. Pięć mikroskopijnych nacięć i materiał zaczyna współpracować. Szycie staje się łatwe i nadzieja na to, że może się udać, kiełkuje niczym kartofle w piwnicy na wiosnę.
Pikowanie kanapki - 90 metrów kordonkiem po zapasach na szwy... Pan Pikuś!
Słuchając rady Shayneen, lamówkę wszyłam ręcznie. THE END











A takie angielskie piękności już poczuły na sobie ostrze noża. Obiecałam sobie, że do świąt będę odgruzowywać chałupę, ale oprzeć się tym szmatkom nie mogę. Co przechodzę obok, to mnie wciągają i hipnotyzują... mop tak nie potrafi :)


niedziela, 10 kwietnia 2011

Nie zawsze wszystko się udaje :(

Gdyby każdy początkujący lekarz miał na sumieniu tylu pacjentów ile ja mam tkanin, to wyglądalibyśmy kiepsko.
Zupełnie niepotrzebnie obiecałam Aldonie jakieś cuda, skoro wyszło bardzo przeciętnie.  Często mówię różne rzeczy bez zastanowienia, a potem muszę się wić jak piskorz i tłumaczyć się z tego, co napaplałam. No to się wiję:
Początki były obiecujące, ale dobry nastrój ulotnił się w fazie pikowania. Na spód złapałam to, co miałam pod ręką czyli białą bawełnę. Umyśliłam sobie, że przepikuję środek po szwach a boki polecę trzmielem. Górna nitka czarna, dolna biała. Niestety nie potrafiłam ustawić maszyny tak, żeby biała nitka nie była wyciągana na wierzch, więc zaryzykowałam kontrast. Pomysł nie był zły, ale żeby kontrastowa nitka wyglądała ładnie, trzeba mieć dużą wprawę w pikowaniu stopką kroczącą. Oczywiście w moim wykonaniu, estetyka pozostawia wiele do życzenia... nie czarujmy się, wyszło fatalnie. Na białym tle widać najmniejszy babol, a trochę się ich nazbierało.
Porzuciłam też myśl o pikowaniu po szwach, bo nijak nie potrafiłam utrzymać prostej linii. Jak pijak po zakrapianej imprezie- to w prawo, to w lewo i znowu po bandzie... O tym, że szwy pikuje się zwykłą stopką, nie kroczącą, dowiedziałam się za późno. Przepikowałam, a jakże, tylko trochę się to wszystko pomarszczyło.
Lamówka była kolejnym wyzwaniem. Od początku mi się nie podobała, ale myślałam, że ostatecznie przejdzie kontrolę jakości. Nie przeszła. Wyprułam zatem prawie 7 metrów tejże i wszyłam jeszcze raz. Wyszło zdecydowanie lepiej. Ostatecznym jednak gwoździem do trumny tej nieszczęsnej narzuty okazało się pranie. Czarna bawełna była przetestowana – to nie ona... ale coś zafarbowało! Ostateczne podejrzenie padło na bordowe łatki. Tak czy owak, narzuta od spodu wygląda jak sprana, zużyta i brudna.
I co teraz? Co ja mam Aldonie powiedzieć?







W świetle dziennym wygląda jeszcze gorzej :(



piątek, 1 kwietnia 2011

Adrenalina

Adrenalina

Oto i ona. Ładna, taka patchworkowa.


Adrenalina to hormon i neuroprzekaźnik katecholaminowy wytwarzany przez gruczoły dokrewne pochodzące z grzebienia nerwowego. Ufff.

Odgrywa decydującą rolę w mechanizmie stresu, czyli reakcji organizmu człowieka i zwierząt kręgowych na zagrożenie, objawiających się przyspieszonym biciem serca, wzrostem ciśnienia krwi, rozszerzeniem oskrzeli, rozszerzeniem źrenic itd.

Działanie adrenaliny polega na bezpośrednim pobudzeniu zarówno receptorów α-, jak i β-adrenergicznych, przez co wykazuje działanie sympatykomimetyczne (znanym psychoaktywnym sympatykomimetykiem jest amfetamina lub kokaina, których działanie znamy choćby ze szkolnych pogadanek w ramach zapobiegania narkomanii).

Adrenalina podana dożylnie działa szybko, ale krótko i jest w tej postaci stosowana przy reanimacji. Ma ona w tym zastosowaniu działanie pobudzające kurczliwość mięśnia sercowego, poprawiające przewodnictwo bodźców w sercu, a także poprawę skuteczności defibrylacji elektrycznej. Jest stosowana w leczeniu wstrząsu anafilaktycznego i w tych przypadkach napadów astmy oskrzelowej, kiedy nie pomaga podawanie innych leków.*

Dziś jednak, po wydarzeniach ostatnich dni, nie myślę o adrenalinie w ampułce, ale o tej, do wytworzenia której potrzebne są wysokości, głębokości, szybkości. Adrenalina, która uzależnia, a uzależniony chce coraz wyżej i szybciej, nie myśląc o zagrożeniach, konsekwencjach, możliwości utraty zdrowia czy życia. Pasjonaci igrania z ogniem wydają mnóstwo pieniędzy na swoje hobby i możliwość poczucia jak ich serca szaleją, jak świat staje się maleńki, jaka moc w nich drzemie, jak potrafią przenieść się o własnych siłach do krain niedostępnych dla tych, co za szczyt hazardu uważają pominięcie nowego odcinka „M jak Miłość”. Ryzyko jest wliczone i nikt o tym długo nie dyskutuje (może poza bliskimi, co mówią cichutko: uważaj na siebie).
J. się udało. Poobijany ale żywy jest już bezpieczny. Nie pytam nawet czy pójdzie znowu, pytam raczej - kiedy?


Zdj. J. - nie pytałam o zgodę.

A to drugi co lubi poigrać. Zdj. własna małżonka mu wykonała.


A ja?
Ja jestem na przymusowym urlopie sponsorowanym przez biuro podróży AnginaTour. Bez wychodzenia z domu, bez paszportu, na plaży non stop. No i niczym skończonym pochwalić się nie mogę. Ogryzki powoli się pikują. Jeszcze daleka droga. A w międzyczasie przyszła do mnie paczuszka - niespodzianka od Aldonki.

Aldona jest z tych, którzy mijający czas mają sobie za nic. Dziewczęca, eteryczna, zaangażowana, kiedyś koleżanka mojej mamy, dzisiaj także i moja J Paczka zawierała reminiscencje jej patchworkowej pasji. Wśród szmatek i w towarzystwie amerykanckiego katalogu był projekt narzuty wraz z wyciętymi łatkami. Brakowało tylko jednej, w lewym dolnym rogu.





(ach to cholerne słońce!)

"Zrób z tym, co chcesz. Wyrzucić też możesz"... no to spróbowałam coś z tego zrobić, a Ty Aldonko myśl gdzie sobie to "cudo" położysz!



*Wikipedia