sobota, 28 maja 2011

Motylowe aplikacje

Blogu Shape Moth  chyba nie trzeba specjalnie reklamować. Kirie broni się sama przepięknymi quiltami, pracochłonnymi aplikacjami, ogromnym wyczuciem formy i koloru. Niewątpliwie należę do grona jej fanek a ważka w jej wykonaniu rzuciła mnie na kolana.
Ja raczej boję się pikowania maszynowego gdzie wszystko dzieje się za szybko i trudno naprawić ewentualne błędy, ale nie mogłam pozbyć się obrazu ważki z mojej głowy... No to postanowiłam załatwić ją "klinem". Przewertowałam album "Wilgotne Lasy Tropikalne" ze zdjęciami Thomasa Marenta i wybrałam dwa:



Szycie Taenaris Catops (to ten biały) sprawiło mi szczególnie dużo frajdy. Czarne cienie na skrzydłach pomalowałam farbą do tkanin w sprayu, a żółte oczka zrobiłam z tego kawałka pofarbowanego curry :) Pasował idealnie.
Marpesia Iole jest bardziej gburowaty, ale na siłę rozweselać go nie będę ;)

Oto i one...






środa, 25 maja 2011

Wyzwanie

A jednak podniosłam fioletową rękawicę rzuconą przez Art-Piaskownicę. Szybko zrobiłam zdjęcia zanim Marysia załatwi śliniaczek na cacy :)




Końskie szmatki przyleciały zza oceanu. Ręce mi się trzęsły jak otwierałam kopertę... jak będę je ciachać to chyba umrę na zawał!  Są na prawdę śliczne.

wtorek, 24 maja 2011

Curry nie koniecznie do kurczaka :)

W Art - Piaskownicy kolejne wyzwanie. Od razu się przyznam, że praca którą zrobiłam, nie spełnia kryteriów wyzwania i nie zgłoszę jej do konkursu, ale skoro już uszyłam to pokażę. Wyzwanie polega na zestawieniu dwóch kolorów: fioletowego i żółtego. Dodatkowo dozwolone są czarny i biały, ale dominować mają te dwa pierwsze... no a u mnie niestety nie dominują. Po nieudanym poszukiwaniu żółtej tkaniny, zmieniłam pierwotną koncepcję zapominając o podstawowym kryterium! Brawo :)
Poduszka jest uszyta według wzoru "Shooting Star", tego samego z którego będzie uszyta kolejna narzuta.




Żółtej tkaniny faktycznie nie mam ani kawałeczka. Przeszukałam wszystkie dziury i nic. Próbowałam nawet ufarbować białe płótno na żółto. Pomyślałam, że kurkumą powinno się udać - ale kurkumy też nie miałam. Miałam Curry. Wsypałam trochę do garnuszka i pogotowałam chwilkę białe płótno w tym roztworze. Potem na mokro wyprasowałam i... wyszło prześlicznie. Żółty miesza się z pomarańczem i wygląda jak batik. Chyba farbowanie tkanin stanie się kolejną moją pasją :)



W związku z tym, że nie udało mi się zafarbować tkaniny na żółto, poduszka nie weźmie udziału w konkursie. :(

poniedziałek, 23 maja 2011

Kilka srok za ogon :)

Dostałam od koleżanki zwój bawełnianej ociepliny, który odziedziczyła po cioci krawcowej. Długo nie wiedziałam co z nią zrobić, w końcu zdecydowałam, że posłuży mi do wypychania... zabawek na przykład. Jak wyjęłam ją z worka i rozwinęłam, okazało się, że jest poprzekładana kawałkami Expressu Wieczornego z 1985 roku. Całkiem fajne znalezisko :) I informacje nie do końca takie przedawnione jakby się mogło wydawać ;)















To jest konik wypchany rzeczoną ociepliną.




A oto poduszka z której jestem szczególnie dumna, ponieważ zapinana jest na zamek. Wydawało mi się, że wszycie zamka to wyższa szkoła jazdy, ale poradziłam sobie całkiem sprawnie. Pikowałam ręcznie. Jakoś nie mogę do końca przekonać się do pikowania maszynowego. Zbyt szybko wszystko się tam dzieje i trudno naprawić ewentualne błędy.






I na koniec zajawka kolejnej narzuty.





czwartek, 19 maja 2011

wyzwanie Art Piaskownicy

Technika trochę mnie przerasta. Pokłóciłam się z maszyną i nijak nie możemy dojść do porozumienia. Czekam zatem na fachową pomoc, a w międzyczasie, przeglądając różne blogi, trafiłam na wyzwanie w Art Piaskownicy, które wydało mi się zabawne.
Zadanie polega na sfotografowaniu zawartości swojej torebki.
Nie mam dobrego sprzętu fotograficznego ani tym bardziej specjalnych zdolności w tym kierunku i początkowo nie miałam zamiaru nic fotografować, ale dziś, poszukując telefonu w przepełnionej torbie zostałam natchnięta. Ileż ja mam w tej torbie przydasiów różnych - głowa mała. Przyrzekam, że nic nie dołożyłam, nic nie odłożyłam. Zawartość jest w stanie nienaruszonym, ino trochę uporządkowanym - i jest to jedyny moment jej uporządkowania :) Więcej takich ekstrawagancji nie przewiduję!
Czas, kiedy w mojej torbie można znaleźć takie skarby jak te na zdjęciu, jest niezwykle krótki i ulotny, dlatego tym bardziej podoba mi się pomysł ich uwiecznienia.

A poza wszystkim, jak wyrzuciłam zawartość na podłogę, to znalazł się mój (zagubiony przy pikowaniu ogryzków) naparstek!

A oto co zostało uwiecznione :) :


środa, 11 maja 2011

Narzuta Młodzieżowa

Och, jak bym chciała mieć taki sklep w swoim zasięgu, gdzie mogłabym wejść, zobaczyć kolory, pomacać tekstury, spojrzeć pod światło, ocenić grubość... marzenie, chyba nieosiągalne.  Kupowanie w internecie przypomina zabawę w ciuciubabkę: niby kierunek dobry, ale czasem złapie się coś zupełnie innego!

Łatki wykonane metodą aplikacji odwrotnej z tego przepisu zrobiłam jeszcze przed wyjazdem na poznańskie warsztaty. To na nich stępiłąm nożyczki i postanowiłam zaopatrzyć się w odpowiednie narzędzia. Musiały odleżeć swoje, aż w końcu przyszedł i na nie czas. Wyszło młodzieżowo, kolorowo i energetycznie ;)
Na plecy do tej narzuty kupiłam jeans, który okazał się masywniejszy niż to sobie wyobraziłam. Praca z tą materią nie była łatwa, bo wszystko mi spadało a upchać toto w maszynie przy pikowaniu - istna mordęga.
Jest tylko jeden szkopuł: czy młodzież w ogóle ścieli swoje łóżka? Moja osobista młodzież chyba nawet nie zna takiego słowa. Ulubionym słowem mojej młodzieży jest czasownik gubić w pierwszej osobie liczby pojedynczej czasu przeszłego, czasownik ścielić prawdopodobnie w jego słowniku nie istnieje. Podobnie jak sprzątać, układać, myć, czyścić, uczyć się... i wszystkie bliskoznaczne z podanymi...






  




piątek, 6 maja 2011

(prawie) Batik

No i stało się.
Dostałam pierwsze zlecenie! I to nie tam jakaś okładka, ale narzuta! Najprawdziwsza, duża... spędzająca mi od kilku dni sen z powiek ;)
Dostałam kilka wytycznych odnośnie ewentualnych kolorów, wystroju pokoju i ogólnych preferencji przyszłej użytkowniczki, ale najważniejsza wskazówka to taka, że narzuta ma być KOŃSKA! Czasu na realizację mam dużo, ponieważ pokoik jeszcze w remoncie, ale już kombinuję, zamawiam próbki i zszywam w myślach.
Końskie motywy są mi niezwykle bliskie. Konie fascynują, urzekają i  inspirują artystów wszelkiej maści: malarzy, fotografików, rzeźbiarzy, poetów. I chyba każdy, kto kiedykolwiek brał się za końską sztukę wie, jak trudno oddać piękno, siłę, grację i charakter tego zwierzęcia. Nie każdy może być Kossakiem, toteż osobiście wolę prymitywne podejście do tego tematu. Pierwsza myśl to batik. Taki jaki widziałam u  Marty. Niestety wejście w posiadanie owego okazało się trudniejsze niż myślałam. Myśl absolutnie szalona zakiełkowała w mojej głowie: a może by tak własnym sumptem...
Niewiele wiem o batiku, w zasadzie to nic nie wiem. Toteż to, co poniżej, jest jedynie zabawą i na pewno nie będzie częścią narzuty ;)

1. Pozbierałam wszystkie woskowe kredki mojego syna.


2. Na białym płótnie narysowałam końskiego modela.


3. Z recyklingowego wora wyjęłam wszystkie puszki, powrzucałam kredki dzieląc kolorami i podgrzałam w piekarniku


4. Rozgrzanym woskiem pomalowałam szkic. Wosk bardzo szybko stygnie a (teraz już wiem) trzeba malować baaaardzo gorącym, żeby dobrze wniknął w tkaninę.


5. Pędzelek czyścił się w gotującej się wodzie.


6. Tak pomalowanego konika pogniotłam, żeby uzyskać charakterystyczne dla batiku ciemne linie.


7. I z braku farby do tkanin, zabarwiłam całość... atramentem. Wszak to miała być tylko próba :)


8. Schło, schło a jak wyschło, to wyprasowałam przez gazetę... dużo gazet, wypełniając dom woskowym smrodkiem :) I wyszło coś takiego:


Jestem przekonana, że przy odrobinie praktyki i wiedzy na temat zachowywania się wosku podczas nakładania i prasowania, można tym sposobem zrobić bardzo ładne rzeczy. Może jeszcze kiedyś spróbuję? A na razie zamawiam tkaniny zza oceanu ;)


P.S. Myślałam, że pomysł jest oryginalny, ale właśnie znalazłam to. Kolejny raz okazuje się, że wszystko już było :) No i Suzy batik jest chyba lepiej dopracowany :)

niedziela, 1 maja 2011

Urodzinowe rowerowanie



Moje pierwszomajowe urodziny przywołują traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa. Otóż dzień Pierwszego Maja zawsze był obywatelom organizowany i nie było mowy o spontanicznych spotkaniach czy wyjazdach. Rano do szkoły w stroju galowym. Szybka próba generalna, żeby przypadkiem słów wiersza na cześć wodza czy też przyjaciela narodu nie pomylić (co zdolniejsi mieli przywilej recytowania w języku rosyjskim).

"O wielkim Stalinie"
L. Krzemieniecka


...Józef Stalin - już to imię znacie.
Ludowej Polski - wielki przyjaciel.
Jego armia, jego wola wzniosła
krwi ofiarą wolność nam przyniosła.

W pierwszych latach, gdy nam zbrakło zboża,
Stalin spichrze radzieckie otworzył,
słał transporty surowca i maszyn,
żeby przemysł ruszył w kraju naszym.

W Polsce szkoły i fabryki rosną,
rośnie szczęście i socjalizm rośnie.
Imię wodza pokoju - Stalina -
ludzie nasi powtarzają z ufnością.

Potem pobranie rekwizytów od woźnej: portrety umiłowanych ojców komunizmu nieśli chłopcy, bo stawiały większy opór powietrza niż flagi. Jak zawiał wiatr, flagi w dłoniach dziewczynek malowniczo łopotały, a portrety musiały mieć oparcie w silnych barach ósmoklasistów. Pierwszaki machały tekturowymi gołąbkami... i to była ta fajna część ;) Po części oficjalnej, koleżanki i koledzy mieli przychodzić do mnie na przyjęcia urodzinowe, ale nikt nigdy nie chciał, bo o 14ej na stadionie był mecz piłki nożnej, i to było o wiele bardziej interesujące. Wpadali na chwilę, obdarowywali mnie śpiewnikiem piosenki żołnierskiej albo różowym słoniem oblepionym cekinami i wracali w pośpiechu żeby zdążyć na gwizdek sędziego.
Kiedyś moja mama nie mogła być w tym dniu w domu, upiekła mi tort i zaufała, że poradzę sobie z ugoszczeniem kolegów. Miało być szesnaście osób, przyszło sześć. Więc pokroiłam ten tort na sześć części i dziwiłam się, że nikt tortu nie zjadł do końca. Ze łzami w oczach sprzątałam po tej porażce i od śmierci samobójczej po towarzyskim blamażu uratowała mnie sąsiadka, która, żeby mnie pocieszyć, zjadła jeden z tych gigantycznych kawałków. 

 Dzisiaj zrobiłam sobie prezent i popedałowałam na chwilę do lasu naładować baterie zapachami, zielonościami i słońcem. Kolejny raz zachwyciłam się tym wszystkim, czym mam zaszczyt zachwycać się codziennie. 

Tkwiących w zachwycie pasjonatów Pojezierza Drawskiego jest więcej. Leszek Paradowski z dużą wrażliwością i świetnym warsztatem dokumentuje uroki naszych okolic i z pewnością się nie obrazi jak odwiedzicie Jego stronę. Uwaga! Zawartość wciąga na długie godziny i trudno opanować westchnienia! 

A ja zapraszam na urodzinową wycieczkę rowerową :)





















A na koniec literki, które  robią furorę na drzwiach do wielu dziecinnych pokoików. Ciekawe czy małe chińskie rączki mają taki sam sprzęt do nadziewania zabawek? U mnie chińskie pałeczki sprawdzają się znakomicie :)