niedziela, 9 grudnia 2012

Zima trzyma.

W tym roku przygotowałam się do zimy o tyle o ile. O ile w porę zmieniłam opony na zimowe, zamarynowałam dynię, wycisnęłam sok z malin, nasuszyłam szarej renety i zaopatrzyłam dzieciaki w ciepłe buty, o tyle zapomniałam zakisić kapustę, nie wysuszyłam ani jednego grzyba i nie przykryłam hortensji gnojem. Nie nastawiłam też wina z malin (choć co roku obiecuję sobie, że się tego nauczę)... Za to ubrałam psa, pomimo to, że sika nam na łóżka. Taki prezent mimo wszystko ;) Jeżeli ktoś potrzebuje, to dysponuję wykrojem, a przy okazji przedstawiam naszego championa z krzywymi zębami ;)




Zima, jeżeli się postara, potrafi być absolutnie zachwycająca.  Najczęściej zimą właśnie czuję nieodpartą ochotę wyruszenia przed siebie. Przymus poczucia zmęczenia w grząskim śniegu, zimna w zdrętwiałych palcach, mrozu na policzkach. Cisza w białym lesie zmącona od czasu do czasu awanturą jemiołuszki. Ślady demaskujące tych, co chcą zostać niewidzialni. Biała mgła opadająca niczym welon panny młodej... namiastka wolności, choć przez chwilę...